Filipiny: rejs z Coron do El Nido po bezludnych wyspach

Filipiny – nieoczywisty rejs

Planując Filipiny, od początku wiedziałam jedno: nie chcę zobaczyć tylko „tych najbardziej znanych miejsc”. Jasne, Coron i El Nido były na naszej liście od samego początku, bo trudno przejść obok nich obojętnie. Zdjęcia wapiennych klifów, nierealnie turkusowej wody i małych wysp porozrzucanych po morzu wyglądają jak coś wygenerowanego przez komputer, a nie jak prawdziwe miejsce na ziemi. Ale im więcej czytałam, tym bardziej miałam poczucie, że największa magia Palawanu dzieje się nie tylko w samym Coron i nie tylko w El Nido, ale właśnie pomiędzy nimi.

I wtedy trafiliśmy na pomysł rejsu przez bezludne wyspy.

Nie takiego jednodniowego island hoppingu, po którym wraca się na noc do hotelu, tylko kilkudniowej przeprawy łodzią przez północny Palawan, z noclegami w prostych chatkach przy plaży, snorkelingiem po drodze, wspólnymi kolacjami i codziennym budzeniem się w zupełnie innym miejscu. Taka wyprawa na tej trasie trwa zwykle 4 dni i 4 noce, prowadzi przez około 250 km odległych wysp i zatok między Coron a El Nido, a noclegi odbywają się w bambusowych, off-gridowych basecampach rozrzuconych po trasie

To był dokładnie ten typ doświadczenia, którego szukałam na Filipinach. Nie kolejnego hotelu. Nie kolejnej „atrakcji do odhaczenia”. Tylko czegoś, co sprawi, że przez kilka dni naprawdę poczuję, że jestem daleko od wszystkiego.    

Jak wygląda taki rejs po bezludnych wyspach Filipin?

Najpiękniejsze jest to, że ten rejs nie działa jak zwykły transport. To nie jest przepłynięcie z punktu A do punktu B, tylko pełnoprawna podróż sama w sobie. Płynie się tradycyjną filipińską łodzią typu bangka, przez zatoki, małe wysepki, puste plaże i miejsca, do których nie dociera większość turystów. Po drodze są postoje na snorkeling, kąpiel, jedzenie i po prostu bycie w tych wszystkich absurdalnie pięknych miejscach trochę dłużej niż kilka minut. Oficjalny opis tej trasy mówi wprost o przeprawie przez odległe rejony północnego Palawanu, w tym okolice West Busuanga, Culion, Linapacan i Daracotan Bay, z noclegami w kolejnych basecampach po drodze

I to jest właśnie cały urok tej przygody. Nie masz jednego hotelu. Nie masz jednej bazy. Nie wracasz codziennie w to samo miejsce. Każdy dzień wygląda trochę inaczej i każdy wieczór kończy się gdzieś indziej. Jednej nocy zasypiasz przy spokojnej zatoce, następnej budzisz się kilka kroków od zupełnie innej plaży, a potem znów płyniesz dalej.

Bardzo szybko przestajesz myśleć o tym, która godzina albo co będzie dalej. Liczy się tylko rytm dnia: słońce, morze, łódź, sól na skórze, wiatr we włosach i to przyjemne uczucie, że przez chwilę całe życie naprawdę zwolniło.

Trasa między Coron a El Nido – gdzie właściwie się płynie?

To nie jest takirejs, w którym po prostu wsiadasz do łodzi w Coron, a potem po kilku godzinach wysiadasz w El Nido i tyle. Cały sens tej trasy polega właśnie na tym, co dzieje się pomiędzy.

Przez te 4 dni płynie się przez bardziej odległe części północnego Palawanu — rejony zachodniej Busuangi, Culion, Linapacan i dalej w stronę El Nido. Oficjalnie właśnie te miejsca tworzą trzon całej przeprawy.

Ale na żywo to nie wygląda jak zaliczanie punktów na mapie. To bardziej kilka dni przesuwania się przez świat małych wysp, zatok i miejsc, do których nie dociera każdy. Jednego dnia budzisz się przy spokojnej plaży i ruszasz dalej przez zielone, niemal puste wyspy. Innego dnia wpływasz w rejony, gdzie widać pojedyncze domy, dzieci wybiegające do brzegu i łodzie rybackie stojące na wodzie. Potem znowu jest odcinek, gdzie przez dłuższą chwilę masz wrażenie, że wokół jest tylko morze, skały i wasza bangka.

To, co najbardziej nam się tu podobało, to fakt, że ten rejs nie sprawiał wrażenia wciśniętego na siłę w dzikie miejsca. Bardziej czuć było, że to wszystko działa dzięki relacji z ludźmi, którzy tu naprawdę żyją. Organizatorzy sami piszą, że ich basecampy są ukryte nie tylko w zatokach i dżungli, ale też w wyspiarskich społecznościach, a lokalne rodziny podczas postojów dostarczają świeże składniki, jak papaja, kraby czy lato — taki miejscowy morski „sałaciany” przysmak z alg.

I to serio było czuć. Ten rejs nie miał klimatu „wpadamy, robimy foty i znikamy”. Raczej czegoś dużo bardziej normalnego i prawdziwego. Mija się małe osady, czasem schodzi na brzeg w miejscach, które nie wyglądają jak atrakcja turystyczna, tylko jak czyjaś codzienność. Gdzieś dzieci machają z plaży, gdzieś ktoś podpływa małą łódką, gdzieś po drodze zabierane są świeże produkty. Nie jest to pokazane w sposób teatralny, tylko po prostu wpisane w rytm tej trasy.

Jeśli chodzi o same etapy, to ta droga naturalnie układa się w kilka różnych klimatów.

Okolice Coron i zachodniej Busuangi

Początek jest trochę jak wejście do innego świata. Jeszcze chwilę wcześniej jesteś w Coron, gdzie wszystko jest bardziej zwarte, głośniejsze i wyraźnie „miasteczkowe”, a potem nagle wypływasz i krajobraz się otwiera. Wyspy robią się bardziej surowe, bardziej puste, a zatoki wyglądają tak, jakby nikt się z nimi specjalnie nie spieszył. To jest ten moment, kiedy naprawdę czujesz, że nie płyniecie na zwykłą wycieczkę, tylko w trasę. Oficjalny plan dłuższej ekspedycji Tao wskazuje właśnie nocleg w rejonie zachodniej Busuangi jako jeden z etapów tej przeprawy.

Culion

Potem zaczyna się Culion i tu klimat znowu trochę się zmienia. To już nie jest tylko „ładna wyspa”, ale miejsce z historią i z takim spokojem, który od razu się czuje. Nie wszystko jest tu pocztówkowe w tym instagramowym sensie. I chyba właśnie to jest fajne. Woda nadal wygląda obłędnie, ale oprócz tego dochodzi coś bardziej surowego, bardziej prawdziwego. Człowiek zaczyna widzieć, że Palawan to nie tylko krajobraz, ale też ludzie i miejsca, które żyją swoim rytmem.

Linapacan

Dla mnie Linapacan miał w sobie chyba najwięcej tego poczucia odcięcia od świata. To właśnie te rejony organizatorzy wymieniają jako jedne z najbardziej odległych na trasie, i faktycznie — tam najmocniej czuć, że jesteś daleko od wszystkiego.
Wyspy są małe, porozrzucane, woda ma absurdalny kolor, a postoje przy rafach i plażach wyglądają jak coś, co normalnie ogląda się tylko na ekranie. To też ten moment rejsu, kiedy bardzo szybko przestajesz myśleć w kategoriach „co dalej?”, bo po prostu jesteś dokładnie tam, gdzie trzeba.

Dalej w stronę El Nido

Im bliżej El Nido, tym krajobraz znowu zaczyna się zmieniać. Pojawia się więcej tych charakterystycznych formacji skalnych i bardziej „filmowych” widoków, które kojarzą się z Palawanem z Instagrama. Ale po kilku dniach na wodzie odbiera się to inaczej. Nie jak kolejną atrakcję, tylko jak naturalne domknięcie całej tej drogi. W oficjalnym opisie wariantu w drugą stronę pojawia się Daracotan Bay i Tao Beach Farm jako ważny etap przed wejściem w rejon El Nido.

Najfajniejsze w tej trasie było dla nas to, że każda część miała inny charakter. Początek był bardziej surowy i „wypływamy w nieznane”. Środek — szczególnie okolice Linapacan — dawał najmocniejsze poczucie odcięcia od świata. A końcówka robiła się bardziej spektakularna wizualnie. Dzięki temu ten rejs nie był przez 4 dni tym samym. Każdy odcinek miał swój klimat.

I chyba właśnie dlatego tak dobrze to wspominamy. Nie jako jedną atrakcję, tylko jako ciąg małych doświadczeń: poranek przy jednej wyspie, snorkeling przy drugiej, lunch gdzieś pośrodku niczego, wieczór w campie przy plaży i kolejny dzień, w którym znowu wszystko wygląda inaczej.

Jak wygląda typowy dzień na takim rejsie?

Dzień zaczyna się wcześnie, ale nikt nie ma z tym problemu, bo szkoda byłoby przespać takie poranki. Budzisz się blisko plaży, jesz śniadanie, zbierasz rzeczy i po chwili znów jesteś na łodzi. Potem płyniecie dalej, zatrzymując się po drodze przy kolejnych zatokach, wyspach i miejscach do snorkelingu. Oficjalny plan tej wyprawy opisuje właśnie taki rytm: kolejne etapy trasy, codzienne przemieszczanie się między wyspami i noclegi w kolejnych basecampach.

I najlepsze jest to, że nic nie wydaje się wymuszone. Tu nie ma poczucia „teraz szybko, bo mamy tylko dziesięć minut”. Wszystko płynie dużo spokojniej. Jest czas, żeby wskoczyć do wody, wyschnąć na słońcu, zjeść lunch, pogapić się na linię wysp i po prostu pobyć w tym wszystkim bez pośpiechu.

To taki rodzaj podróży, w którym bardzo szybko okazuje się, że człowiekowi naprawdę niewiele potrzeba do szczęścia. Kostium kąpielowy, ręcznik, maska do snorkelingu, aparat i odrobina słońca. Reszta jakoś układa się sama.

Snorkeling i postoje po drodze – czyli to, co robi największą robotę

Gdybym miała wskazać jedną rzecz, która najbardziej definiuje taki rejs, to obok noclegów na wyspach byłby to właśnie snorkeling. Nie jako mały dodatek, tylko jako jedna z głównych części całej wyprawy. W opisie trasy Coron–El Nido organizatorzy wyraźnie wskazują snorkeling nad rafami i postoje przy ukrytych zatokach oraz pustych plażach jako ważną część doświadczenia.

I to naprawdę czuć.

To nie jest sytuacja, w której jedziesz na jedno konkretne snorkeling spot i wracasz. Tutaj przez kilka dni przemieszczasz się przez cały region, więc co chwilę trafiasz w inne miejsce, z inną wodą, innym światłem, innym dnem i inną scenerią. Jednego dnia zatrzymujesz się przy spokojnej zatoce, drugiego przy niewielkiej wyspie, trzeciego wyskakujesz do wody w miejscu, które wygląda jak prywatny kawałek raju.

A potem wracasz na łódź, suszysz się na słońcu, jesz coś dobrego i płyniesz dalej.

Naprawdę trudno się od tego oderwać.

Co się je podczas takiego rejsu?

To też była miła niespodzianka, bo człowiek trochę zakłada, że na środku niczego jedzenie będzie po prostu „okej”. A tymczasem bardzo często właśnie jedzenie staje się częścią całego klimatu wyjazdu.

Według oficjalnych materiałów posiłki podczas takich wypraw opierają się głównie na świeżych lokalnych składnikach, zwłaszcza rybach, owocach morza, ryżu, warzywach i owocach, a jedzenie podawane jest bardziej wspólnie niż „restauracyjnie”.

Po całym dniu na wodzie wszystko smakuje lepiej. Świeże owoce, ryż, ryby, proste dania jedzone przy plaży albo w campie, kolacje, przy których wszyscy siadają razem i nagle rozmowy płyną same. Nie ma tu przesadnego kombinowania, ale właśnie przez to jedzenie jest autentyczne i naprawdę staje się częścią doświadczenia.

To nie jest fine dining.
To jest lepsze.
Bo smakuje miejscem.

Czy taki rejs jest dla każdego?

Pewnie nie.

I dobrze, bo dzięki temu nadal ma w sobie coś prawdziwego.

Jeśli ktoś szuka maksymalnej wygody, klimatyzowanego pokoju, prywatnej łazienki i przewidywalności co do każdej godziny dnia, to może się trochę zdziwić. Taka wyprawa jest raczej dla tych, którzy lubią przygodę bardziej niż perfekcję, potrafią odpuścić kontrolę i wiedzą, że najpiękniejsze podróże rzadko są tymi najbardziej wygodnymi.

Ale jeśli ktoś marzy o tym, żeby na kilka dni zniknąć z normalnego świata, spać w chatkach przy plaży, przemieszczać się łodzią przez jedne z najpiękniejszych wysp Filipin i każdego dnia budzić się w nowym miejscu, to wtedy to naprawdę jest coś niesamowitego.

To nie jest zwykły transfer.
To nie jest zwykła wycieczka.
To jest jedna z tych podróży, po których człowiek wraca trochę bardziej opalony, trochę bardziej zmęczony, ale przede wszystkim dużo bardziej szczęśliwy.

Dlaczego ten rejs zostaje w głowie na długo?

Bo pokazuje Filipiny trochę inaczej.

Nie jako serię punktów na mapie, nie jako zestaw atrakcji do zaliczenia, tylko jako miejsce, które najlepiej smakuje wtedy, gdy zwalniasz i pozwalasz sobie po prostu w nim być. Trasa między Coron a El Nido jest dziś jedną z najbardziej rozpoznawalnych morskich przepraw po północnym Palawanie właśnie dlatego, że łączy dwa słynne miejsca przez dzikie wyspy, zatoki i rejony takie jak Linapacan, Culion czy Daracotan Bay.

I chyba właśnie to jest jej największa siła.

Nie pamiętasz tylko jednego widoku.
Pamiętasz cały rytm tej podróży.
Poranki przy plaży.
Wskakiwanie do wody prosto z łodzi.
Sól na skórze.
Wieczory w bambusowych chatkach.
To uczucie, że przez kilka dni żyjesz prościej, lżej i bliżej natury niż zwykle.

Dla mnie właśnie tak smakowały Filipiny w najlepszym wydaniu.